
Ciekawość zobaczenia za każdym razem czegoś innego, nowe kultury, poznanie nowych ludzi a wreszcie zobaczenia żużla w innym wydaniu, bez wielkich nazwisk i bez jakże znanej w naszym kraju presji na wynik to właśnie fascynowało mnie w moich żużlowych podróżach do krajów gdzie kontynuuje się tradycje Johna Hoskinsa.
Argentyna była ostatnim krajem, w którym jeżdżą na żużlu a gdzie jeszcze mnie nie było. P
odróż z pozoru nie wydawała się być trudna. Ostatecznie była jednak lekka nerwówka chwilami przeradzająca się w mocno irytującą przygodę. Przy podróży do Argentyny dla Polaków nie jest wymagana wiza a jedynie ważny paszport. Swoją podróż zaplanowałem na 5 stycznia, aby być już na zawodach 7 stycznia w Bahia Blance a następnie 13 w Carlos Casares. Zważywszy, że pierwsza data mistrzostw 27 grudnia 2017 została odwołana nastawiałem się optymistycznie i byłem pełen wiary, że 7 stycznia ruszy cały cykl, co prawda bez obcokrajowców, ale jednak bez żadnych pustych rubryk w programie. Z informacji uzyskanych od znajomych żużlowców z Rivnego dowiedziałem się, że organizatorzy proponowali zawodnikom 40 euro za zdobyty punkt, bez pokrycia kosztów biletów lotniczych. Niestety działania argentyńskiego związku motorowego Febom odczułem bardzo dotkliwie już w Polsce. W wieczór przed planowanym wylotem z Warszawy na społecznościowym koncie Febom przeczytałem, że zawody 7 stycznia zostają odwołane z przyczyn niezależnych od federacji. Biorąc pod uwagę jeszcze prognozy pogody dla Carlos Casares na 13 stycznia zdecydowałem, że w tej sytuacji podróż do Argentyny przełożę na następną nadarzającą się okazję.
Śledząc wszystkie profile społecznościowe związane z argentyńskim żużlem podjąłem ostateczną i nieodwracalną (bez opcji zwrotu biletów lotniczych) decyzję, że wybiorę się tam na zawody, które mają być 21 stycznia na torze w Bahia Blanca. To miał być mój trzydziesty kraj gdzie będę na speedway'u oraz ice speedway'u nie wliczając w to Polski. Biorąc pod uwagę kraje gdzie jest obecny żużel lub ice speedway Argentyna miała być dla mnie ostatnim miejscem do odwiedzenia. Wystartowałem 18 stycznia z Warszawy i przez Londyn poleciałem do Buenos Aires. W stolicy Argentyny nastąpiła doba przerwy na aromatyczną brazylijską kawę i w sobotę rano wyruszyłem w końcowy etap podróży do Bahii Blanci tym razem komfortowym autokarem. Jechałem 11 godzin (ok.700km) podziwiając uroki argentyńskiej pampy. Ze względu na panujący 35 stopniowy upał zawody zostały zaplanowane na godzinę 20:30, kiedy temperatura była już znośniejsza. Na stadion dotarłem wraz ze znajomym Arielem Coprieni, który zawsze przekazywał mi aktualne informacje na temat miejscowego żużla. W paku maszyn spotkałem Facundo Albina (na zdjęciu u góry z lewej), późniejszego triumfatora zawodów.
Stadion usytuowany jest poza miastem. Jadąc z centrum wjeżdżamy na obwodnicę gdzie znajduje się ulica pod znaną nam nazwą "Juan Pablo Secondo". Następnie polną drogą dojeżdżamy na stadion. Obiekt klubu "Club miogistas del sur" zazwyczaj gości wyścigi sprint-cars a więc nie dziwi mnie park maszyn sporych rozmiarów ok.1500 metrów kwadratowych, logotypy teamów oraz konstrukcja z telebimami wewnątrz toru.






Wspomniane telebimy działają tylko podczas wyścigów sprint-cars na które jak relacjonuje Ariel przychodzi ok. 10 tys. kibiców. Na zawodach żużlowych na trybunach zasiadło nieco ponad tysiąc fanów spragnionych speedway'a. Na uwagę zasługuje również fakt że organizatorzy postarali się o programy dla kibiców czego nie zrobiono niegdyś nawet na finale IMŚJ 2012. Nawierzchnia toru w Bahia Blanca jest gliniana a podobną do niej widziałem jedynie w Venturze.

Zawody rozpoczęły się od kwalifikacji oraz kilku wyścigów w mniejszych klasach. Trzeba przyznać że jak na taką specyficzną nawierzchnię biegi wyglądały efektownie i były bardzo szybkie. Sprzyjała temu zapewne geometria toru, która pozwalała "trzymać gaz" oraz napędzać się po zewnętrznej. Trzeba również dodać że jazda odbywała się w pięciu.

Największym mankamentem stadionu w Bahia Blanca są chyba owady zwane przez miejscowych cascaruby, podobne do karalucha tylko wielkości 3 centymetrów. Mnóstwo robactwa chodzącego a czasem latającego po trybunie i wokół toru dostającego się nawet do ubrań mocno dawało się we znaki kibicom.

Naszym, polskim rodzynkiem w tych zawodach był jakże mi bliski "rzeszowski" Paweł Miesiąc. Wymieniając z nim kilka zdań przed zawodami usłyszałem, że sprzęt którym dysponuje a który otrzymał od miejscowych wymaga wielu ustawień i pracy, aby coś na nim osiągnąć. Wspomniał również, że tegoroczną jazdę w Argentynie traktuje jako wakacje a bilet powrotny ma zarezerwowany na 5 lutego. Zaznaczył jednak, że jeśli wszystko będzie szło dobrze to ma możliwość przedłużenia wakacji. W trakcje zawodów Paweł był szybki, mijał rywali ale wspomniany sprzęt dał o sobie znać w końcówce i ostatnie trzy biegi były w jego wykonaniu słabsze. W finale minął go nawet zawodnik, który wg Pawła "nie miał prawa go wyprzedzić". Zawody wygrał Facundo Albin zdobywając drugi raz z rzędu komplet trójek a było to już o godzinie 1 w nocy. Albin ostatni sezon spędził w Polsce, gdzie mieszkał i skąd wyruszał na różne towarzyskie zawody w całej Europie. Widać było że jest o klasę lepszy od swoich kolegów z Argentyny a to zapewne za sprawą właśnie jazdy na torach starego kontynentu i zebranego tam doświadczenia. Po zawodach podczas dekoracji oprócz teamu towarzyszyła mu cała rodzina wraz ojcem, mamą i siostrą. Wszyscy byli bardzo uradowani kolejnym triumfem Facundo czego wyrazem było zaproszenie do wspólnego zdjęcia po zawodach.

Przesympatyczni ludzie! Ja również byłem w pewnym sensie uradowany ponieważ osiągnąłem to o czym marzyłem i myślałem od kilku lat czyli zobaczyłem żużel na argentyńskiej ziemi. Marzenie się ziściło.
tekst i zdjęcia: Piotr Kucaj

