
Jadąc do Anglii, nie tylko poznamy inną kulturę, obyczaje czy nacieszymy oko pięknym krajobrazem i nieskalaną naturą, ale i poznamy całkiem inny żużel. "Inny" bo odmienny niż ten, który możemy na co dzień widzieć na polskich torach. Będzie to dla nas nowe doświadczenie ale i odprężenie i odpoczynek od polskich realiów.
Każdy, kto do tej pory mógł uczestniczyć w jednym z ligowych meczy na polskich "arenach", został poniekąd przyzwyczajony do pewnego stylu speedway’a. Polskiego stylu, w którym wszystko ma swoje miejsce, swój czas, swoich ludzi. Wszystko działa niczym w szwajcarskim zegarku, gdzie urzędnicy kontrolują wszystko i wszystkich. Jest napięcie, jest stres i presja. Czasu i wyniku. Jest praca i obowiązki. Stykając się z żużlem angielskim doświadczamy zupełnie czegoś innego.
W lipcu miałam okazję być na dwóch meczach na angielskich torach. Jednym z nich był mecz King's Lynn Stars kontra Leicester Lions 29 lipca, czyli dwóch drużyn z najwyższej półki - Elite League, na Adrian Flux Arena w King’s Lynn. Pierwsza wizyta na stadionie była w południe – wtedy to miałam możliwość przyjrzeć się z bliska, z bardzo bliska, nawierzchni, przechadzając się swobodnie po torze. Co przykuło moją uwagę? Istny kamień. Nawierzchnia w niczym nie przypominała torów do których przywykliśmy w Polsce. I mają się ścigać wieczorem na czymś takim? Ta zagadka miała się rozwiązać za kilka dobrych godzin. Wspomnieć również należy, że stadionik (bo stadion to za wielkie słowo dla obiektu w King's Lynn), własność Adriana Fluxa (który w Cardiff „widniał” na motorach zawodników) wykorzystywany jest nie tylko do wyścigów żużlowych ale i do wyścigów samochodowych. Drifty BMW, faceci jeżdżący na umazanych błotem motorach i inne złombole, które stoją swobodnie na parkingu nieopodal parku maszyn i czekają na swoją kolej - ten stadion nie odpoczywa, on tętni życiem cały tydzień. I na te imprezy przychodzi tysiące osób. Dużo mniej już na żużel.

Adrian Flux Arena w King's Lynn - tor w południe. Maszyny czekają na wyjazd.
O 19:30 miało rozpocząć się spotkanie pomiędzy Gwiazdami i, oddalonego o 80 mil drogi, Lwami z Leicester. Tor, jak się okazało na wieczór, z "kamienia" przekształcił się w błoto, istna glina, po której za chwilę mieli się ścigać drużyny z ekstraligi. Doglądał wszystkiego i operował tym (oraz maszynom na torze) sam właściciel obiektu, który prawie aż do samego końca "przed pierwszym biegiem" siedział za kółkiem i dopieszczał swoje „błotko” na prostych. Bez gumiaków lepiej nie wchodzić na linię startu. Jednak konieczne również było dosypanie nawierzchni na wyjściu z drugiego łuku aż do startu więc czym prędzej pojechał po dodatkową ziemie. I gotowe. Na tym właśnie za chwilę mieli się ścigać Niels Kristian Iversen, Grzegorz Walasek, Kenneth Bjerre, Vaclav Milik, Jason Doyle czy Piotr Świderski. Wcześniej natomiast, nim pierwsze motory wyjechały na tor, rozpoczął się piknik. Niewielka grupa osób, która ustawiła się w kasach tuż przed oficjalnym otwarciem bram stadionu, popędziła czym prędzej nie zająć jak najlepsze miejsca, jak to ma miejsce w Polsce, a do baru. W Anglii kibice, oprócz speedway’a, kochają również mieć zajęte ręce fast foodami: frytki domowej roboty z czymś co przypomina parówkę czy bułka hamburgerowa wraz z mięsem mielonym (tak, prędzej temu do kanapki niż do hamburgera z polskiej budki). I oczywiście piwo. Z takim ekwipunkiem „typowy Anglik” może zacząć oglądać żużel. Jednak zanim to nastąpi, tłumnie zgromadzą się przy barierkach okalających park maszyn i będą przyglądali się "pracy" swoich żużlowców i ich mechaników. "Pracy" ponieważ od godziny w parku maszyn nic się nie dzieje, motory przygotowane i czekają na swój wyjazd, zawodnicy przechadzają się po parku, zaczepiając do swobodnej rozmowy kolegów z drugiej drużyny, inni siedząc na swoich "tronach", schowani za motorami, oddają się pasji słuchania na pewno Chopina w wielkich słuchawkach. Co niektórzy, zaczepieni przez kibiców, z chęcią wychodzą za barierki by porobić sobie zdjęcia z najmłodszymi. I sielanka trwa. Całe zawody. Sędziowie regulaminowo wręczają po jednej oponie każdemu zawodnikowi godzinę przed meczem, tak by każdy miał taką samą. W końcu przyszedł czas na prezentację. Zawodnicy wskoczyli do pick-upa i pomknęli na linię startu gdzie czekali na nich mechanicy z motorami i kaskami. Nim spiker przedstawił uczestników dzisiejszego pojedynku, każdy dosiadł swego „rumaka” by po prezentacji wyjechać, jak „jeden mąż”, na linię startu i wykonać nie próbną jazdę a jedynie próbny start. Ale prawdziwej piknikowej atmosfery nie mogło również zabraknąć w trakcie meczu w parku maszyn - rozbrajający kierownik parku maszyn, otwierający bramę pomiędzy biegami, z kanapką w dłoni, nie przypominał typowego polskiego zestresowanego "kierownika" spoglądającego co chwilę na zielone światło. Chwilę poczekaliśmy zanim udało się rozpocząć zawody, gdyż prace torowe nie skończyły się przed prezentacją. Gdy już było wszystko jak należy (oczywiście według Anglików) mogliśmy zacząć angielskie ściganie i pierwszy bieg.










Udało się odjechać 9 biegów, zanim dopadła nas ulewa, co nie powinno być zaskoczeniem dla mieszkańca Wysp. Za nim to nastąpiło, widzieliśmy na torze i jokera w akcji (w tej roli wystąpił sam Jason Doyle) a także start zawodnika przesuniętego o 15 metrów od linii startu (jak to kiedyś w Polsce miało miejsce) czy swobodne przejeżdżanie po środku "murawy" (betonu). Do 9 biegu miejscowe Gwiazdy prowadziły 35:22 z Lwami, jednak i tym razem górą był deszcz. Sędzia wraz z zawodnikami podjęli decyzje o przerwaniu zawodów, które miały zostać przełożone na inny termin. I tak mój pierwszy angielski mecz przeszedł do historii. Na kolejny miałam się już wybrać na stadion w Peterborough na turniej najlepszych drużyn 1 ligi, czyli Premier League, w którym zaplanowano ok. 30 biegów, jednak o tym już następnym razem.

