Dokładnie 3 lata temu, ok. godz. 21 we Wrocławiu, odszedł Lee Richardson - kapitan reprezentacji Wielkiej Brytanii, zawodnik Stali Rzeszów, a przede wszystkim wspaniały człowiek, mąż, ojciec trójki dzieci. To była największa od lat tragedia w polskim żużlu. Oby ostatnia.
Lee Richardson (ur. 25 kwietnia 1979 w Hastings). Juniorski Mistrz Świata z 1999 roku. Wielokrotnie reprezentował barwy Wielkiej Brytanii jako senior. Finalista Drużynowego Pucharu Świata w latach 2003-2006, w tym srebrny medalista z 2004 roku i brązowy z 2006 roku. Uczestnik cyklu Grand Prix w latach 2003-2006. Dwukrotnie stawał na podium, w Cardiff w 2004 roku zajał trzecie miejsce, a w Bydgoszczy w 2005 roku był drugi.
W polskiej lidze startował nieprzerwanie od 1999 do 2012 roku. Zdobywał punkty dla zespołów z Piły, Grudziądza, Zielonej Góry, Wrocławia, Lublina, Częstochowy i Rzeszowa. Był złotym medalistą Drużynowych Mistrzostw Polski w 1999 roku z Polonią Piła. Trzy lata później wywalczył brązowy medal z WTS-em Spartą Wrocław, a w 2006 roku zdobył srebro broniąc barw Włókniarza Częstochowa.
13 maja 2012 roku na torze we Wrocławiu rozegrał się dramat. Upadek jakich wiele na żużlowych torach miał tragiczne konsekwencje. Na wyjściu z pierwszego łuku Lee stracił panowanie nad motocyklem i z całym impetem uderzył w bandę. Tor opuścił w karetce. Kilka godzin później w wyniku obrażeń wewnętrznych zmarł w szpitalu.
"Rico" był na torze prawdziwym dżentelmenen, nigdy nie odmówił autografu, wspólnego pamiątkowego zdjęcia. Nawet po słabszym meczu był do dyspozycji kibiców. Potrafił znaleźć chwilę na rozmowę z dziennikarzami.
Cześć Jego Pamięci.

