Zapraszamy do lektury wywiadu z dwójką byłych zawodników Startu Gniezno. Markiem Nowakiem, który startował w latach 1990-1995 i Markiem Adamczykiem, którego kariera trwała bardzo krótko (1989-1991).
Jak rozpoczęła się Panów przygoda z żużlem?
Marek Nowak: - Całą szkołę podstawową myślałem o tym, żeby zostać zawodnikiem. Po jej skończeniu zapisałem się do szkółki, gdzie rozpocząłem treningi. Po 3 miesiącach pojechałem zdawać licencję, niestety było to trochę za szybko, gdyż nie zdałem. Dopiero po kolejnych trzech się udało.
Marek Adamczyk: - Byłem dzieckiem. Bawiłem się na Dalkach, gdzie mieszkam do dzisiaj i przejeżdżał kolega - Śp.Grzegorz Smoliński. Zapytałem go, dokąd jedzie. Odpowiedział, że na trening żużlowy. Zabrałem rower i pojechałem za nim. Popatrzyłem, jak to się wszystko odbywa, a później jeszcze Grzegorz mi trochę opowiedział o tym sporcie i gdy wróciłem do domu, powiedziałem ojcu, że chcę się zapisać na żużel. Jednak miałem tylko 13 lat i nie mogłem. Próbowałem dopiąć swego. Poszedłem nawet do prezesa. Nie zgodził się, bo musiałem mieć skończone 14 lat. I gdy tylko spełniłem ten warunek, przyjęli mnie do szkółki. Pomagał mi przy tym Grzesiu. W szkółce byłem 2 lata. Żeby zdobyć licencję, musiałem mieć skończone 16 lat. Licencję zdawałem w Opolu, jadąc z Markiem Nowakiem, Pawłem Maciejewskim i Henrykiem Olszakiem. Udało się mi zdać za pierwszym razem i zaraz zostałem wsadzony w skład. Jechałem w parze z Tomaszem Fajferem. I tak się zaczęła moja kariera, która zresztą się też szybko zakończyła, bo już w 1991 roku.
Czy będzie nietaktem, jeśli zapytam o powód zakończenia kariery?
Marek Nowak: - Całą karierę, sprzęt zapewniał klub. W 1999 roku żużel praktycznie wchodził w zawodowstwo i nie można się było utrzymać bez sponsora. To była główna przyczyna zakończenia kariery.
Marek Adamczyk: - Zrezygnowałem z powodu kontuzji. Ale też skończyła się przygoda z żużlem, bo pojawiła się dziewczyna, w której się zakochałem i do dzisiaj z nią jestem. Jest moją żoną, urodziła mi dwoje dzieci.
Czy są jakieś podobieństwa i różnice w żużlu w latach, w których Panowie jeździli, a teraz?
Marek Nowak: - Motocykle były te same, ale jest duża różnica w silnikach. Za moich czasów silniki kręciły 7000-8000 obrotów na minutę, teraz te obroty wynoszą 15000, więc bardzo mocno wzrosły.
Marek Adamczyk: - Są. Ja zaczynałem na "kwadraciakach", dzisiaj sprzęt jest unowocześniony. Skoki tłoka, silniki są mocniejsze, mają więcej obrotów. Przedtem wszystko należało do klubu. Dzisiaj każdy ma swój sprzęt i swoich sponsorów. Wiadomo, wszystko też zależy od pieniędzy i od tego, kto ma ich więcej. Do tego dochodzą umiejętności. Nie czarujmy się, tak jest!
Czy są takie decyzje działaczy, które są nie do zaakceptowania?
Marek Nowak: - W czasie mojej kariery nie było aż takich dziwnych decyzji działaczy. Zdarzało się, że w piątek trzeba było ściągnąć gips, odjechać mecz w niedzielę, a w poniedziałek szło się na rozmowę, bo zrobiło się tylko dwa punkty.
Marek Adamczyk: - Dzisiaj żużel to zawodowstwo. Każdy podejmuje ryzyko jazdy, chcąc jechać i dojechać do mety. Ale wciąż jest tak, że trzeba jechać i wszystko. Nic się więcej nie liczy.
Co należałoby zmienić w kwestii bezpieczeństwa na torze?
Marek Nowak: - Częstą przyczyną upadków są dziurawe tory. Dzisiejsze motocykle mocno te dziury wybierają i jest problem w ich opanowaniu. Za moich czasów były dużo łagodniejsze.
Marek Adamczyk: - To jest żużel. Tu jest gaz, nie ma hamulca. Każdy musi jechać, każdy chce wygrać. Są dmuchane bandy. W latach 90-tych ich nie było, więc jest to duży postęp. W żużlu można poprawić parę rzeczy. Dla mnie dziwne jest to, że zawodnicy wstrzelą się w taśmę i bieg jest przerwany. Kiedyś z lotnych startów się jechało i żużel wyglądał inaczej. Dzisiaj za dużo jest przepisów, które bezpieczeństwa wcale nie poprawiają. Pojawiły się nowe tłumiki. Gdy zawodnik przymknie gaz, to motocykl jeszcze funkcjonuje na poprzednich obrotach i nie jest wstanie do końca go opanować.
Czy żużel sprawia nadal przyjemność? Jakie miejsce zajmuje w życiu?
Marek Nowak: - Śledzę wszystko w telewizji. Mecze na wyjeździe też tylko w domu oglądam. Jednak żadnych zawodów nie odpuszczam.
Marek Adamczyk: - Do dzisiaj sprawia przyjemność, ale nie chcę się wciągać w żużel, ponieważ mam rodzinę, dom, który muszę utrzymać. Jednak oglądam ligę w telewizji, na Grand Prix czekam z utęsknieniem.
Czy pamiętają Panowie zabawne sytuacje związane z żużlem?
Marek Nowak: - Dużo było zabawnych (śmiech), może nie bezpośrednio na zawodach, ale po. Taka najbardziej zabawna zdarzyła się na początku kariery, kiedy odjechaliśmy mój pierwszy mecz ze Świętochłowicami. Udało mi się wygrać start. Niestety, z wyjścia z łuku trochę mnie pociągnęło i przeszkodziłem Jackowi Gomólskiemu. Co prawda wygraliśmy ten bieg 5:1, ale na drugu dzień rano, Jacek przyszedł do warsztatu, wyciągnął dwa krzesła i mówi: "Siadaj!". Pomyślałem sobie, że będzie ostra rozmowa za to, że mu tam podjechałem, a wyszło tak, że za ten bieg przeszliśmy na Ty.
Marek Adamczyk: Chrzest (śmiech). Każdy zawodnik taki przechodził. Dostawało się za wszystko. A za to, że pierwszy raz jechało się na jakimś torze; za to, że zdobyło się pierwszy punkt; a za pierwszy upadek, a za pierwsze wykluczenie, taśmę... Powody zawsze się znalazły.
Czy były jakieś niebezpieczne sytuacje z Panów udziałem albo byli Panowie ich świadkami?
Marek Nowak: - Było trochę upadków: w Gnieźnie przeleciałem przez płot, w Gorzowie wyrwałem bramę i wpadłem do parkingu, ale ogólnie skutki nie były poważne i zawsze udawało się wyjść cało.
Marek Adamczyk: - Miałem parę groźnych upadków, takie też widziałem u kolegów. Pamiętam, Pawła Maciejewskiego i Szczepana Kulczaka, którzy znaleźli się w szpitalu w Grudziądzu. Pamiętam, jak Szczepanowi spadł kask, ale co najważniejsze - żyje i funkcjonuje!
Mają Panowie jakieś przyjemne, miłe wspomnienia z żużlem, ciekawostki?
Marek Nowak: - Cała kariera to było miłe i przyjemne wydarzenie.
Marek Adamczyk: - Na ciekawostkę zasługuje fakt, że kiedyś razem zdobywaliśmy licencję, razem reprezentowaliśmy klub żużlowy, rozpoczęliśmy pracę w jednej firmie i do dziś obaj w niej pracujemy. Znamy się z podwórka, z toru i z pracy. Tak się to nam w życiu ułożyło.
Czy uważają Panowie, że brać żużlowa jest zintegrowana, a może podzielona?
Marek Nowak: - Wydaje mi się, że kiedyś drużyna była bardziej zżyta. Na zwody jeździło się autokarem, wszyscy byli razem. Teraz jeżdżą busami oddzielnie, bo po prostu jedzie się na swoje konto.
Marek Adamczyk: - Za moich czasów przychodziło się z uśmiechem. Każdy z każdym rozmawiał. W parkingu panowała radość, a w klubie harmonia. Wszyscy zawodnicy byli wtedy z Gniezna. I tak, jak Marek już mówił - na zawody się wyjeżdżało razem, autobusem. Dzisiaj zawodnicy są z zagranicy albo kupowani z innych polskich klubów. Przyjeżdżają na mecze osobno i jeden z drugim nawet nie rozmawia. Jest tak, jakby jeden drugiemu zazdrościł lepszego wyniku. Dziwnie to przyjąć. Na moje: chodzi o pieniądze, wszystko się rozgrywa o kasę.
Źródło. inf.własna

