Dwa zwycięstwa i dwie porażki to bilans żużlowców Włókniarza Vitroszlifu CrossFit Częstochowa po rozegraniu czterech spotkań w sezonie 2017. Kapryśna aura sprawiła, że podopiecznych Lecha Kędziory czekał w czerwcu istny żużlowy maraton. Jak Lwy poradziły sobie w tak napiętym grafiku?
Terminarz po kilku odwołanych meczach ułożył się dla biało-zielonych w dość specyficzny sposób. Mianowicie żużlowcy z lwem na plastronie na początku mieli do odjechania trzy spotkania wyjazdowe, następnie taką samą ilość potyczek przed własną publicznością. W międzyczasie wyjazdowych batalii mieli się wprawdzie zmierzyć u siebie z Cash Broker Stalą Gorzów, lecz pogoda nie dawała za wygraną i ostatecznie to spotkanie zostało rozegrane dopiero pod koniec miesiąca.
W ten oto właśnie sposób Lech Kędziora i jego drużyna udała się 8 czerwca do Zielonej Góry na pojedynek z miejscowym Ekantor.pl Falubazem. Częstochowianie już w trzecim wyścigu zostali postrzeleni w kolano, gdyż groźny upadek zanotował Andreas Jonsson. Szwed nie tylko został wyeliminowany z tego meczu, lecz z kolejnych czterech również. Na torze dwoił się i troił Leon Madsen wraz z Rune Holtą, lecz to nie wystarczyło na świetnie spasowane tego dnia Motomyszy. Zawiódł szczególnie Matej Zagar, który jak da się zauważyć dobre występy przeplata tymi słabszymi. Ostatecznie 53:37 dla gospodarzy.

Już trzy dni później Włókniarz Vitroszlif CrossFit Częstochowa udał się do Rybnika na drugą połowę meczu o życie. Przypomnijmy, że pierwszy pojedynek padł łupem Lwów 48:42. Spotkanie w Rybniku było bardzo wyrównane. Większość wyścigów kończyła się remisami, jednakże trzy podwójne ciosy wyprowadziły „Rekiny”. W odpowiedzi „Lwy” w takim samym stopniu uderzyły tylko raz, dlatego mecz zakończył się wynikiem 49:41. Taki rezultat dawał trzy oczka drużynie ROW’u. Wtedy jednak jeszcze nikt nie wiedział co się wydarzy. Nikt nie przypuszczał, że jeden z liderów miejscowej drużyny jest pod wpływem dopingu. Czy był, czy nie był? O tym prasa napisała już dziesiątki artykułów. Koniec końców PGE Ekstraliga odebrała drużynie ROW’u Rybnik 11 punktów zdobytych przez Grigorija Łagutę i tym samym to częstochowianie mogli cieszyć się ze zdobycia trzech punktów. Saga pt. meldonium trwała jednak na tyle długo, że w międzyczasie biało-zieloni sami zatroszczyli się o swoją przyszłość i jak stwierdził na jednej z pomeczowej konferencji Lech Kędziora „punkty za Łagutę możemy oddać, nie są nam potrzebne”. Chociaż dopiero pod koniec rozgrywek trener biało-zielonych mógł tryskać takim optymizmem. Wracając do meczu w Rybniku i czerwcowych pojedynków widzimy, że wcale tak pod Jasną Górą nie było kolorowo. Z ROW’em jak zwykle świetni Madsen, Holta i niespodziewanie Ułamek, który zanotował tego dnia najlepszy występ w sezonie, zdobył 10 punktów. Znów jednak zawiódł Matej Zagar, zdobywca 5 oczek. Gdyby Słoweniec pojechał na swoim normalnym poziomie, z dopingiem Łaguty czy bez, Włókniarz Vitroszlif CrossFit Częstochowa wywiózłby z Rybnika co najmniej jeden punkt.

Zła passa trwała. Po przegranych w Zielonej Górze i Rybniku przyszedł czas na wyjazd do Leszna. Dla mnie ten mecz to też ciekawa przygoda, bo jadąc z Wrocławia do Krakowa w sobotę, nieprzespanej nocy, w niedziele znalazłem się w Lesznie na meczu swojej drużyny. Niestety na stadion wbiegłem na drugi wyścig i ominął mnie jedyny w tym spotkaniu moment radości… Pierwsza gonitwa padła podwójnym łupem pary Madsen-Baran, później można by powiedzieć, że wszystko wróciło do normy, a późniejszy mistrz polski wziął na rogi lwa w stosunku 57:33. Tak naprawdę trudno wśród przyjezdnych znaleźć wiodącą postać. Najwięcej bo 8 punktów wywalczył Holta, po 7 Madsen i Ułamek. Tylko 3 oczka przy nazwisku Mateja Zagara, do którego kibice zaczynali tracić cierpliwość. Słoweniec miał być liderem, a tymczasem totalna klapa. Całe szczęście Matej znalazł w późniejszej części sezonu przyczynę swoich problemów, ale o tym później.
Po trzech porażkach sympatycy czarnego sportu pod Jasną Górą sceptycznie podchodzili do kolejnego pojedynku. Do miasta świętej wieży miał zawitać aktualny jeszcze Drużynowy Mistrz Polski. Do tego niepokonana na dzień 22 czerwca drużyna. Wszystko jednak ma swój koniec, lecz chyba nikt nie spodziewał się, że skończy się akurat w Częstochowie? Chociaż gdzie szukać cudów jak nie tutaj. Trzecie podejście do meczu, tym razem w czwartek. Z pracy we Wrocławiu wyrwałem się o 14 by zdążyć na ten mecz i… nie wybaczyłbym sobie gdybym nie przyjechał. Całe spotkanie strasznie wyrównane. Mocne uderzenie gospodarzy w dwóch pierwszych wyścigach, lecz później żadna z drużyn nie potrafiła odskoczyć na więcej aniżeli 2 oczka. 42:42 przed ostatnim wyścigiem dnia, tego nie wymyśliłby nawet Spielberg. Motocykle na pełnych obrotach, a trybuny zamarły, by za chwile…
Wybuchła radość niczym po zdobyciu mistrzowskiego tytułu, ale jak się tu nie cieszyć, gdy jeszcze dwa lata temu nie było Lwów na żużlowej mapie polski, a teraz po trzech porażkach, jako pierwsza drużyna w sezonie bije mistrza. 46:44 a ręce zaczynają drżeć nawet teraz gdy o tym piszę. Ponownie najlepsi Holta i Madsen, wrócił nieco zza światów Zagar i bardzo dobry występ Karola Barana. Siedem punktów, dwa bonusy, dwa podwójne zwycięstwa „Carlosa” w tym meczu. Każdy dołożył do tego zwycięstwa swoją cegiełkę. Mówią, że Ułamek tylko jeden punkt, lecz bez tego oczka zwycięstwa by nie było.

Nakręceni zwycięstwem ze Stalą kibice już nie mogli się doczekać niedzielnej potyczki z MrGarden GKM’em Grudziądz. Tymczasem wprawne oko doświadczonych kibiców zauważyło … beton. Tor jaki został przygotowany na to spotkanie bardziej odpowiadał gościom, a gospodarze byli niczym dzieci zagubione we mgle. Jeszcze trzy dni wcześniej fani cieszyli się z wygranej z Cash Broker Stalą Gorzów, a w niedziele ich drużyna ledwo uratowała remis. Tylko Rune Holta można by kolokwialnie rzec „ogarnął temat”. Słabiej niż zwykle Madsen, Zagar jakby nie mógł przeskoczyć pewnego pułapu. Dobry występ Barana, ale znów słaby Ułamek. Po tym meczu kalkulatory poszły w ruch i matematyka nie była po stronie Lwów. Wtedy jeszcze nikt nie wiedział o Łagucie oraz o tym, że końcówka sezonu będzie w wykonaniu biało-zielonych całkiem całkiem. Wtedy to jeszcze „specjaliści” mogli mieć rację.

Tym bardziej, że żużel skutecznie Włókniarzowi wybiła z głowy FOGO Unia Leszno. Po zdecydowanym zwycięstwie na „Smoczyku” przyszedł czas na rewanż przy Olsztyńskiej. Niestety ten mecz od samego początku do samego końca kontrolowali podopieczni Piotra Barona. Cudów dokonywał Holta (17 punktów), lecz reszta zespołu poniżej jakichkolwiek oczekiwań. Nawet Madsen nie był w stanie podjąć rękawic. 38:52 to wynik, który mówi sam za siebie. Wtedy to powiedziałem, że to właśnie FOGO Unia Leszno będzie w tym roku mistrzem polski, bo jako jedyna wywiozła z Częstochowy zwycięstwo. Wprawdzie pod Jasną Górę miała jeszcze przyjechać wrocławska Sparta i zielonogórski Falubaz, ale jakoś tak w kościach czułem. Pół żartem pół serio, ale się sprawdziło.

Nie był to korzystny czas dla Włókniarza Vitroszlifu CrossFit Częstochowa. W sześciu kolejnych spotkaniach wygrał tylko raz, ale nie z byle kim, bo Cash Broker Stalą Gorzów. Raz zremisował i odniósł aż cztery porażki. Przez to sumaryczny bilans przedstawiał się następująco: 3 zwycięstwa, 1 remis, 6 porażek, czyli 7 oczek w tabeli na cztery spotkania przed końcem rundy zasadniczej. Nie wyglądało to najlepiej, trzeba to przyznać. Drużyna zaczynała łapać zadyszkę, na szczęście po meczu z Unią częstochowianie mieli trochę przerwy ze względu na finały DPŚ. Ten czas trzeba było przeznaczyć na regenerację i naładowanie baterii. W końcu nie ważne jest to jak się zaczyna, ważne jak się kończy. To jak skończył sezon Włókniarz Vitroszlif CrossFit Częstochowa opowiem w kolejnej częsci podsumowania sezonu w wykonaniu Lwów.
źródło: informacja własna

