Nie czas żałować róż...

naczelnyIdąc za tytularną myślą Juliusza Słowackiego, gdy płoną lasy mniej ważne sprawy schodzą na plan dalszy. Życie jest wartością największą. Wojna je niszczy i tu nie ma miejsca na relatywizację.

Ponad miesiąc temu media zamieniły mainstream covidowy na wojenny. Oprócz przekazów i informacji o wojnie toczą się dysputy z nią związane np. o sankcjach. W sporcie też zostały one zastosowane ale ich skala i uciążliwość jest bardzo zróżnicowana: od zakazu używania symboli narodowych (tenis) po wykluczenia z rywalizacji. MKOL wydał jednoznaczne rekomendacje o wykluczeniu. FIM a za nim PZM podążył tą drogą zamykając żużlowcom z kraju agresora możliwość startu i rywalizacji w SGP oraz w polskich ligach żużlowych.

Nie mam zamiaru stroić się w piórka moralizatora i argumentować, że to dobra decyzja. Zgadzam się z nią ale postrzegam ją jako zło konieczne, bo przecież to nie sportowcy podjęli decyzję o wszczęciu wojny. Trzeba jednak zdecydowanie i twardo stanąć po stronie ofiar.

Ciekawym aspektem natury socjologicznej jest przy tym rosyjska narracja towarzysząca wojnie. Przyzwolenie dla niej wśród zwykłych Rosjan jest zaskakująco duże. Także wśród sportowców. Opisując to zjawisko wspomina się propagandę jako główną przyczynę takich postaw. Nie jest to odpowiednie określenie, bowiem propagować można bardzo różne w tym pozytywne zachowania. W ostatnich dziesięcioleciach samo w sobie neutralne określenie propaganda nabrało jednak pejoratywnego znaczenia za sprawą stosowania w niej fałszywych argumentów, manipulacji czy wręcz dezinformacji zahaczających o indoktrynację. To ona niesie ze sobą systematyczne i świadome pozbawianie odbiorców idei i postaw innych od tych jedynie słusznych i preferowanych. Nie ma w niej miejsca na „inność” i różnorodność. Po latach „prania mózgów” kłamstwo staje się prawdą a ta wypierana jest ze świadomości jako… kłamstwo.

Polacy w okresie powojennym także poddani byli sowieckiej indoktrynacji. Wiele lat wpajano nam idee komunistyczne przy jednoczesnym zohydzaniu życia na „zgniłym” zachodzie. Wielu w to wierzyło.

Wracając do żużlowego podwórka z niemałym zdumieniem zauważam wylew moralizatorskich publikacji. Poziom niektórych jest tak żenujący, że szkoda o nich wspominać ale jedno mnie wprawiło w osłupienie: domaganie się od wykluczonych zawodników zachowań potępiających agresję. Jeżeli ktoś od razu tego nie zrobił to potem czemu one miałyby służyć i w jaki sposób dokonane? Czy wystarczyłaby deklaracja na piśmie, wpis w mediach społecznościowych czy jeszcze coś innego? Kto i jak miałby potem weryfikować prawdziwość, szczerość takich oświadczeń? Bez sensu. Czasami jest tak, że nie ma dobrego rozwiązania ale wtedy wieszcz Juliusz Słowacki podpowiada, że nie czas żałować róż, gdy płoną lasy.

Żużel bez wykluczonych nie straci na atrakcyjności. Myślę, że w wielu aspektach będzie wręcz przeciwnie.

 

Guma 

 

Tadeusz Malinowski

Mam zaszczyt kierować najstarszym w polskim Internecie wydawnictwem o żużlu. Zapraszam do naszej redakcji kibiców i pasjonatów żużla.

20

Dziękujemy, że jesteście z nami!